Matka Frustratka

„Łańcuch”- Adrian McKinty

Bombardowana postami w mediach społecznościowych, uległam pokusie i zakupiłam „Łańcuch”. W sumie nie były to całkiem bezsensownie wydane pieniądze. Czasem potrzeba i w literaturze rozrywki typu fast-food, czyli takiej, którą skonsumuje się szybko i równie szybko wydali z pamięci. Po co ? Według mojej opinii po to, aby na nowo móc docenić prawdziwą ucztę pisarską.

„Łańcuch” to dynamicznie napisany thriller, grający na uczuciu strachu, który określa ten gatunek. Punktem wyjścia całej historii jest porwanie dziecka. O ile znany był mi model porwania dla okupu, o tyle z drugim warunkiem realizacji żądań kidnaperów, spotkałam się po raz pierwszy. Pomysł oparty na tak zwanych „łańcuszkach” na pewnym etapie zmienia ofiarę w oprawcę. Aby odzyskać swoje dziecko, rodzic musi porwać kolejne i przetrzymywać do czasu, aż jego rodzina uprowadzi następne, tworząc kolejne ogniwo.

Oszczędny styl autora i krótkie rozdziały, mogą robić wrażenie obracania w palcach szeregu kółek łańcucha. To doskonały zabieg, aby czytelnik poczuł się uczestnikiem zdarzeń, a nie tylko obserwatorem. Równie ciekawym, choć nie tak nowatorskim manewrem, jest wykorzystanie ekshibicjonistycznej natury ludzkiej. Zwrócenie uwagi, z jaką beztroską zamieszczamy w mediach społecznościowych informacje na swój temat, powinny wzbudzić refleksję i zapalić czerwoną lampkę w naszych głowach.

Książkę czyta się lekko, bo napisana jest bez zbędnych dłużyzn. Bohaterowie są jak na mój gust, obarczeni zbyt wieloma problemami natury życiowej, ale mając w pamięci biblijnego Hioba, przymknęłam na to oko. 😉 Ich nieprawdopodobna odwaga, a momentami brawura również nie jest niczym męczącym. Świat jest przecież pełen Supermanów i innych Batmanów. 😀 Wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć. 😛

To w zasadzie wszystko, co mam do powiedzenia na temat tej powieści. W międzyczasie zaczęłam czytać „Szczygła” Donny Tartt i odsłuchiwać audiobook Isabel Allende. Już czuję, że znalazłam się w literackim raju. 🙂 Lecz o tym opowiem przy innej okazji….

„Małe ogniska”- Celeste Ng

Zachęcona, przez wspomnianego przy okazji „Dżentelmena w Moskwie” Ojca Adama Szustaka, sięgnęłam po kolejny tytuł, wymieniony na jego vlogu książkowym. I tym razem lektura okazała się rzeczą całkiem przyjemną.

” Małe ogniska ” to opowieść o różnych koncepcjach na życie. O tym, że każdy z nas ma inne oczekiwania i inne plany realizacji tych oczekiwań. I że czasami nasze postrzeganie tego, co dla nas ważne może wywołać u innych niechęć oraz krytycyzm.

Bohaterkami książki są dwie rodziny. Jedna kompletna, z parą rodziców i czwórką potomstwa. Z ustabilizowaną pozycją społeczną, z konkretnym planem na każdy dzień, z ugruntowanym statusem materialnym. Żyjąca w idyllicznym miasteczku gdzie nietaktem jest sadzić warzywa bądź pomalować dom według własnego pomysłu. Druga rodzina jest maleńka, bo składa się jedynie z dwóch osób. Mamy i córki, które przybywają pewnego dnia i psują nieco powstały wizerunek amerykańskiego przedmieścia.

Uduchowiona artystka fotograf, nieposiadająca stałego źródła dochodów, stale przenosząca się z miejsca na miejsce i imająca się różnorakich zajęć, aby zapewnić sobie i dziecku utrzymanie, stanowi dysonans dla żyjących tu ludzi. Jest zaprzeczeniem tego, co przez lata, budowało w swoich umysłach społeczeństwo tego miasteczka. Ta pewnego rodzaju wolność, wynikająca z braku przywiązania do rzeczy materialnych i miejsc, jest solą w oku dla Pani Richardson, która reprezentuje całą społeczność.

Kolejnym problemem jest tajemniczość i worek sekretów, które przywiozły ze sobą przybyłe. A tutaj na tajemnice miejsca nie ma. Wydaje się, że wszyscy wiedzą o sobie wszystko i czują się wręcz zobligowani do wzajemnego informowania się o swoich problemach. Konflikt więc narasta, bo tytułowe małe ogniska zaczynają jarzyć się na każdym kroku.

To tylko ogólny zarys problematyki poruszonej w powieści. Nie lubię pisać streszczeń, więc co wynikło z tych antagonizmów, dowiedzieć się można, jedynie czytając książkę. Polecam wszystkim, dla których nieobca jest świadomość, jak ważne jest dokonywanie wyborów. I co ważniejsze, życie z ich konsekwencjami. I dla tych, którzy lubią powieści obyczajowe, gdzie mogą spędzić przez chwilę czas, przyglądając się życiu innym 😉

„Kamień”- opowieść o uprzedzeniach.

To już moje trzecie spotkanie z duetem Kuźmińscy. Równie udane jak te i poprzednie. 🙂 Dzięki autorom i mojej wyobraźni znalazłam się tym razem na Sądecczyźnie, gdzieś w Małopolsce. I nie zawędrowałam tutaj, aby podziwiać widoki, lecz dowiedzieć się kto i dlaczego zabił . W lesie zostaje odnalezione ciało dziecka, a podejrzenia padają na zamieszkałych w pobliżu Cyganów ….

Oprócz klasycznej sprawy kryminalnej czytelnik ma do czynienia z szeregiem innych wątków. Jednym z nich jest budowany przez wieki stereotyp o Romach. Postrzegani jako złodzieje i darmozjady, stygmatyzowani przez polskie społeczeństwo, w zasadzie bezpodstawnie zostają oskarżeni o tę zbrodnię. Fala niechęci wzrasta, kiedy podczas przeszukania koczowiska w jednym z domów policjanci znajdują dziewczynkę o jasnej karnacji. Lecz autorom widocznie za mało było niewygodnych tematów. 🙂 Na scenie pojawia się ksiądz oskarżony o pedofilię, wypływa jakże gorący obecnie problem uchodźców i związany z nim przemyt ludzi, rozwijają się dylematy dotyczące medycyny naturalnej oraz stawiane są pytania o zasadność szczepień. A wszystko to w atmosferze kontrowersji odnoszących się do związku antropolog Anny i Gerarda, jej dużo młodszego partnera, który jednocześnie był jej studentem.

W tym miejscu chcę zaznaczyć, że bohaterowie powieści są zatwardziali w swoich przekonaniach i opiniach odnoszących się do poruszanych wątków. Pozostawiają nie wiele miejsca dla czytelnika, który chciałby samodzielnie podjąć decyzję, po której stronie się opowiedzieć. Ta mocna stronniczość może być dla niektórych frustrująca. 😀

Dużym plusem za to jest ciekawie skonstruowana intryga, która łączy wszystkie te motywy. I fakt, że postaci występujące w książce wydają być się ludźmi z krwi i kości, z zaletami i przywarami.

Podobały mi się również, treści związane z zagadnieniem medycyny niekonwencjonalnej. Dały one przestrzeń na zastanowienie się, gdzie przebiegają granice wiary w uleczenie tą drogą, a kiedy trzeba je przekroczyć i zaufać tym, którzy złożyli przysięgę Hipokratesa.

Podsumowując, powieść jest bardzo dobra i trzyma poziom poprzednich części. Porusza tematy trudne, które jednak trzeba przepracować. Wydaje mi się, że nikt nie powinien przechodzić obok , udając ślepego, kiedy ktoś inny doświadcza nietolerancji bądź wykluczenia. Symbolika tytułowego kamienia jest dla mnie kierunkiem, który staram się obierać w swoim życiu, a który zawarty jest w cytacie:

„Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.”

Zapraszam zatem do lektury tych, którym nieobce jest pojęcie szeroko rozumianego humanitaryzmu. Pozdrawiam i życzę udanego czasu spędzonego w Kamieniu. 🙂 🙂 🙂

„Dżentelmen w Moskwie”- jesteś panem własnego losu czy jego sługą?

Na wstępie chciałam zaznaczyć, iż oryginalnością nie zabłysnę. 🙂 Podobnie jak wielu czytelników przede mną, chcę wyrazić swój zachwyt i uwielbienie. Książka „Dżentelmen w Moskwie”, której autorem jest Amor Towles, obdarowała mnie prawdziwą radością wynikającą z czytania i wprowadziła powiew świeżości do mojego światka literackiego.

Powieść polecił mi „Langust” czyli o.Adam Szustak, od niedawna prowadzący vlog książkowy, zatytułowany „Bookszpan”. Jeśli nie kojarzycie, to odsyłam pod link:https://www.youtube.com/watch?v=k_mN7Qw3gos. Osobiście odpowiadają mi gusta czytelnicze tego katolickiego celebryty, toteż polecam. 😀

Puntem wyjścia do tej historii jest wiersz, który staje się przyczyną pewnego rodzaju wykluczenia. Niejaki hrabia Rostow zostaje skazany na dożywotni areszt i resztę swych dni, musi spędzić na poddaszu jednego z moskiewskich hoteli. Pozbawiony statusu materialnego, towarzyskiego i szeregu innych rzeczy próbuje on zbudować nowe życie, na tej mikro przestrzeni. I mimo wielu niesprawiedliwości jakimi, doświadcza go ta rzeczywistość, postanawia trwać w niej, z godnością znosząc swoją dolę.

Ten przesympatyczny człowiek jest pełen przymiotów, które w pełni określają go dżentelmenem. Wyposażony w niezachwiany kręgosłup moralny, wspaniałe maniery, poczucie humoru, posiadający wysoko rozwinięte pojęcie etyki, jest swoistym reliktem epoki, która właśnie przemija. Już od pierwszych stron zaprzyjaźniłam się z tą postacią, a w trakcie jej poznawania, mój szacunek pogłębiał się coraz bardziej.

„Dżentelmen w Moskwie” to lektura pełna wzruszeń o nie przemijających wartościach. Momentami nostalgiczna, a nawet odważę się napisać, iż nasycona duchowością. Bo tak naprawdę tej książki opowiedzieć się nie da. Trzeba ją wziąć w ręce i kartka po kartce smakować i przeżywać.

Miłośnicy wątków sensacyjnych znajdą wprawdzie coś dla siebie, lecz według mojej opinii nie tego powinno się tam szukać. Podpowiedzią dla mnie stał się ten cytat:

Jeśli człowiek nie jest panem swojego losu, z pewnością stanie się jego sługą.

Jest to opowieść jak życiu nadać sens, kiedy z dnia na dzień traci się wszystko, co o nim stanowiło do tej pory? Jak znaleźć przyjaźń czy miłość, gdy możliwości obcowania ze światem zewnętrznym są tak ograniczone? I wreszcie jak wyrazić siebie, gdy wszystko się zmienia a Twoje ideały i wartości pozostają niezmienne?

Do lektury tej książki zapraszam czytelnika wrażliwego i zdolnego do poszukiwania prawdy wewnątrz siebie. Nie bojącego otworzyć się na wzruszenia. Bo tylko taki, doceni jej kunszt i złożoność. 😉

A na koniec ciekawostka 😀 . Wszystkie rozdziały w powieści rozpoczynają się na literę A. Zaintrygowana przekopałam internety, aby przekonać się, jaki był cel tego zabiegu. I znalazłam! Oto wypowiedź autora na ten temat…

Jak zapewne zauważyłeś, wszystkie rozdziały książki są zatytułowane słowami zaczynającymi się na literę A. Dlaczego tak jest? Szczerze mówiąc, nie mam dobrej odpowiedzi. Na początku pisania powieści miałem wrażenie, że powinienem przestrzegać zasady, i ufałem temu instynktowi. Jeden z czytelników zasugerował, że była to moja własna wersja gry „Zut”; inny zasugerował, że był to hołd złożony pierwszym literom w imionach Alexander i Amor; trzeci zasugerował, że dzieje się tak, ponieważ książka dotyczy nowych początków. Wszystkie te odpowiedzi wydają mi się doskonałe!

„Panny Roztropne” – historia alternatywna …

Po trudach wynikających z czytania ze zrozumieniem „Ksiąg Jakubowych” oraz po krwawych obrazach jakie fundowali mi Państwo Kuźmińscy, postanowiłam sięgnąć po coś łatwego i przyjemnego w odbiorze. Bo w życiu ważny jest balans. 😉 Wybór padł na „Panny Roztropne” Magdaleny Witkiewicz. I decyzja była słuszna, bo cel został osiągnięty. Ta literacka komedia pomyłek wprawiła mnie w wyśmienity nastrój i przywróciła pogodę ducha. Tytuł tej książki jest przewrotny, gdyż bohaterki, kolokwialnie mówiąc, roztropnością raczej nie grzeszą. Uczciwie ostrzegam, że głębokich refleksji czytelnik tu nie znajdzie. Po owe odsyłam do przypowieści biblijnej, z której autorka zaczerpnęła tytuł. Lecz jeśli szukacie odprężenia i wytchnienia od codziennej szarości życia, to szczerze polecam. Jak przystało na literaturę kobiecą, jest to opowieść o poszukiwaniu miłości. Uczestniczki przedstawionych wydarzeń szukają jej dla siebie bądź starają się połączyć tych, którym kiepsko te poszukiwania wychodzą. Z różnym skutkiem, bo kto powiedział, że w życiu ma być lekko…

Mamy więc Milaczka, odpowiednik brytyjskiej Bridget Jones z nadwagą. Jest ciocia Zosia, ekscentryczna starsza pani, która lubi seks i w zasadzie wszystko, co według polskich standardów kobiecie w jej wieku nie przystoi. Jest również dziecina nazywana w powieści Bachorem, która rzuca złotymi myślami na prawo i lewo. Taka Panna Rozrzutna. 😉 I jest też gimnastyczka na emeryturze, kobieta w wieku balzakowskim, ofiara nikczemnych plotek. W całości tworzą one wspaniały przekrój schematów i zachowań charakterystycznych dla świata niewieściego. Duża dawka humoru sytuacyjnego pozwala odpocząć w tej zwariowanej przestrzeni, pełnego dziwacznych zbiegów okoliczności. Miłośniczki i miłośnicy szczęśliwych zakończeń, również się nie zawiodą . Zapraszam zatem po szczyptę optymizmu. 😀 😀 😀

I, mimo że historia jest w zasadzie o niczym, to polecam , bo nie zawsze trzeba doświadczyć nie wiadomo jakiej mądrości, aby poczuć się lepiej. 😉

„Pionek” Kuźmińskich – makabryczna gra w szachy.

„Pionek” to kolejny audiobook, który pochłonął moją uwagę bez reszty. Oprócz treści porwał mnie również głos lektora w osobie Janusza Zadury. Oczarowana barwą głosu, jak i interpretacją czytanego tekstu przepadłam na długie godziny 🙂 Tym razem autorzy tego etnokryminału przenoszą nas na Śląsk, w okolice byłych kopalń i górniczych familoków. Motywem przewodnim jest seria zbrodni dokonanych na przełomie lat 90-dziesiątych, które mają podstawę, aby połączyć je z tą, zrealizowaną w czasach obecnych. Świetnie przedstawione tło obyczajowe, tego barwnego w gwarę regionu, pozwalają nieco lepiej poznać mentalność i problemy społeczne zamieszkujących tam ludzi. Wiele mówi cytat wyhaftowany na makatce w domu Normana Pionka, zbrodniarza skazanego w pierwszej instancji na karę śmierci, którą zamieniono z różnych przyczyn na dwadziescia pięć lat więzienia. W momencie, kiedy pomału szykuje się do wyjscia na wolność, dochodzi do mordestwa młodej studentki. Podobieństwa cechujące to zdarzenie pozwalają domniemywać, iż albo pojawił się naśladowca, albo w pudle siedzi niewinny człowiek. Tymczasem przeszłość zazębia się z teraźniejszością, a kolejno stawiane hipotezy rozsypują się jak domek z kart…

Para głównych bohaterów musi natrudzić się nie lada, aby dotrzeć do prawdy skrzętnie skrywanej przez ponad dwadzieścia lat. W atmosferze strachu budowane, a potem skrzętnie dawkowane napięcie pozwala czytelnikowi, bądź słuchaczowi stać się obserwatorem poczynań Anki i Sebastiana. Dwójka ta, poznana podczas słuchania „Ślebody” wydaje się bardziej sympatyczna. W przypadku Strzygonia dostrzec można pewien wzrost empatii, przez co daje się go polubić 😉 Wątek obyczajowy, dotyczący tego tandemu również zasługuje na uwagę.

Pierwowzorem postaci Normana Pionka, wspomnianego oprawcy, jest najprawdopodobniej Leszek Pękalski, słynny Wampir z Bytowa, grasujący na terenach Śląska w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Lecz Pionek to nie tylko nazwisko. Jest to również metafora odnosząca się do gry, jaką prowadzą autorzy z czytelnikiem. Kiedy już w zasadzie wiadomo, kto zabił, zostaje on wyprowadzony w głebokie krzaki, gdzie postawiona teza ginie w gąszczu wątpliwości. 😀 Kto z kim gra w szachy ? Dlaczego ? Na te pytania musicie odpowiedzieć sobie sami. Albo podczas lektury, albo dopiero po przeczytaniu ostatniej strony. 😀

Polecam tę powieść wszystkim miłośnikom wartkiej akcji, realistycznych opisów regionu Śląska i wciągającej fabuły z wątkiem psychologicznym. Dla mnie osobiście to był świetnie spędzony czas!

„Księgi Jakubowe” – opowieść o XVIII-wiecznych hipisach

„Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk to nie lada wyzwanie czytelnicze. Nie dość, że tematyka dość kontrowersyjna, bo dotycząca kombinowania, poprzez którą wiarę najlepiej zasłużyć sobie na tak zwane „życie wieczne” to i gabaryty tego dzieła mogą przerazić potencjalnego czytelnika. Ale przecież nie można wymagać, aby sześć lat pracy nad powieścią udało się zamknąć w mniejszym obszarze. Autorka przedstawia nam w niej świat miniony oscylujący gdzieś na pograniczach „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. I jestem zdania, iż stanowi współczesną kontrę dla tego, jak przedstawił nam Sienkiewicz ówczesną Polskę, gdzie miejsca dla ludu żydowskiego jakby zabrakło. Bohaterem powieści jest Jakub Frank, postać niezwykle kontrowersyjna, niebanalny ekscentryk, który postanowił narobić zamieszania w postrzeganiu religii swoich pobratymców. Uznał, że nie bardzo mu się widzi tkwić w starych butach „judaizmu” i postanowił sprawić sobie nowe. 🙂 Olga Tokarczuk pisze o swoim Jakubie:

Frank traktował religię jak buty, w których się idzie do celu i które można, a nawet należy zmieniać.

I krocząc takim tokiem myślenia, przemaszerował dziarsko przez religię mojżeszową , muzułmańską i chrześcijańską. Czy udało mu się dotrzeć do celu? Na to pytanie, każdy z czytelników musi odpowiedzieć sobie sam, w głebi duszy.

Podobnych pytań, które rodzą się podczas czytania „Ksiąg”, jawi się mnóstwo. Jak choćby o to, czy rozwiązłość seksualna wyznawców Jakubowej wiary jest próbą uwolnienia się od stereotypów określających moralność człowieka, czy zwykłym wykorzystywaniem swojej pozycji i pofolgowaniem swoim namiętnościom. 😉 Sceny erotyczne raczej nie mają nic wspólnego z twórczością Blanki Lipińskiej bądź opowieściami o Greyu, ale subtelny przekaz wiele dla wyobraźni nie pozostawia. 😀

Jeśli chodzi o treści historyczne dotyczące osoby samego Jakuba Franka, w wielu opiniach padają zarzuty o zbyt mało faktów przytoczonych przez autorkę. Sama traktuję ten utwór raczej jako fikcję literacką więc i nie wymagam tego rodzaju rzetelności. Gdy mi czegoś zabrakło, to uzupełniałam na bieżąco, korzystając z wiedzy internetowej, w trakcie lektury.

Szata graficzna „Ksiąg Jakubowych” jest przepiękna. Odczuwam ogromną przyjemność w kartkowaniu tej książki. Jest też ukłon w stronę pisowni hebrajskiej. A polega on na sposobie numerowania stron, który idzie od tyłu. Powieść została przetłumaczona między innymi na język hebrajski i jestem bardzo ciekawa opinii tych, którzy porozumiewają się w tej mowie ;). Gdyby ktoś coś wiedział w tym temacie, to proszę o odnośnik . Oprócz bogactwa języka jakim posługuje się Olga Tokarczuk, atutem jest obfitość starodawnych rycin, zawartych w tym woluminie. Gratuluję Wydawnictwu Literackiemu pomysłu zarówno na okładkę, jak i na formę druku.

Zdecydowanie polecam ten tytuł, bo i cudowna to uczta dla ducha i przyjemność w obcowaniu.

„Śleboda” – audiobooki i wspomnienia

Audiobooki odkryłam niedawno i jestem zachwycona tą formą literacką. Dzięki temu, którego wysłuchałam ostatnio, noszącego tytuł „Śleboda” cofnełam się w magiczny czas dzieciństwa. Akcja tego kryminału, który nosi przedrostek „etno” toczy się w Murzasichlu, podhalańskiej wsi (a może już miasteczku), gdzie jako dziecko spędzałam ferie zimowe. Autorzy książki, państwo Kużmińscy w ciekawy sposób przenoszą czytelnika, tudzież słuchacza, w mroczny świat zbrodni i przypominają tajemnicę z czasów II Wojny Światowej. Tutaj pozwolę sobie wkleić link do artykułu, gdyż historia jest i „śmieszno i straszno” … 🙂

Smaczku powieści dodaje ciekawe studium psychologiczne, dotyczace relacji damsko-męskich. Bogato okraszona gwarą góralską opowieść uruchomiła we mnie lawinę wspomnień. Jako pierwszy pojawił się obraz babci Marysi, zamaszyście wymachującej ścierą w nieznanym kierunku i wykrzykującej gromko „Ty Psie Nasienie !!!”. Jako rodowita góralka, którą powojenna zawierucha rzuciła na płaskie Podlasie, w ten sposób wyrażała swój żal i tęsknotę za Tatrami. Moja Babońka Maria De domo Gąsienica-Makowska w chwilach głębokiego wzburzenia emocjonalnego przechodziła na gwarę i artykułowała przekleństwa przekonana, iż niezrozumiana nikogo złym słowem nie ukrzywdzi 😉

Babońka Marysia

Drugie wspomnienie to samo Murzasichle. Bywając tam w latach 80-siątych ubiegłego stulecia wspominam to miejsce jako uroczą wioskę z pięknym widokiem na panoramę Tatr. Na malowniczych, aczkolwiek bezpiecznych górkach stawiałam pierwsze kroki obuta w narty. Bardziej pamiętam uciążliwe wspinanie się pod górę w stylu „jodełkowym” niż same zjazdy. Towarzyszący mi tata przykładał ogromną wagę do tego jak wchodzę, niż do tego jakim stylem przemieszczam się w dół. Dlaczego? To pytanie na zawsze już pozostanie bez odpowiedzi, gdyż nie ma go wśród żywych.

Podczas słuchania tej lektury wspominałam również spontaniczny pomysł mojej mamy, która postanowiła udać się z Murzasichla na wesele do Zakopanego, do rodziny. Nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie kilka punktów dotyczacych tej eskapady :

  1. Udała się tam bez osób towarzyszących, czyli mojej maleńkiej aczkolwiek szlachetnej osoby oraz prawowiwicie poślubionego małżonka.
  2. Środkiem lokomocji było drewniane koryto, w którym usadowiwszy się zjechała kika kilometrów w dół (legenda rodzinna nie potwierdzona przez pozostałych członków)
  3. Strojem, który zaprezentowała na tradycyjnej, góralskiej uroczystości był sraczkowo-czarny kombinezon narciarski.

Czytelnikowi pozostawię wyobrażenie, jaką furorę musiała zrobić ta szalona kobieta wsród tych kłobuków, portek, serdaków i kierpców. Musiała się ta moja maminka bawić przednio, gdyż wróciła po trzech dniach. 🙂 🙂 🙂

O samej książce napiszę tylko tyle, że jest wyśmienicie dopracowana w szczegółach i polecam z czystym sumieniem !!!

Katarzyna Wiśniewska, „Tłuczki”

„Tłuczki” to po prostu świetna proza! Debiut Katarzyny Wiśniewskiej przykuł moją uwagę w 100%. Opowieść o rodzinie gdzie patologiczny koszmar nie do końca dzieje się na oczach czytelnika. Mam wrażenie,że autorka starała się zaufać inteligencji swoich czytelników i wiele ze zdarzeń pozostawiła w domyśle. Niech wyobrażenia każdego z nas dokończą wysnute wątki.Jestem za ten zabieg wdzięczna,gdyż widzę tu rodzaj szacunku i ukłon w kierunku odbiorcy.
Tekst książki jest jakby poszatkowany i złożony powtórnie w całość bez żadnej chronologi. Może to budzić frustrację i momentami zagubienie. Ale w tej powieści nie ważna jest ciągłość wydarzeń. To obraz toksycznych więzi, piekła kobiet, hipokryzji i szeregu innych wynaturzeń skrzętnie zamiatanych pod dywan. Dramatu, który dzieje się od lat nie jest w stanie powstrzymać nic i nikt. Metodą kalki schematy działań powielają się, prowadząc do kolejnych zaburzeń. I w zasadzie od początku lektury towarzyszyło mi przeświadczenie, że uzdrowienia nie będzie. I nie było …

Tytuł ten stanie na półce zwanej przeze mnie „skarboteką”.Tam gdzie zajmują miejsce najlepsze perełki. Liczę, że jeszcze sponiewiera i oblepi brudem, któregoś z moich znajomych. Tak się chyba właśnie rodzą perwersje literackie 😉 Polecam !!!

Emocjonalny Charles

„Charles Martin rozumie moc fabuły i używa jej do zmieniania dusz i życia zarówno swoich bohaterów, jak i czytelników …”-Patti Callahan Henry

Tym cytatem rozpocznę prezentację jednego z moich ulubionych autorów. Zgadzam się z każdym słowem tej wypowiedzi. Wszystkie pięc tytułów, które do tej pory przeczytałam pozostawiły we mnie poczucie sensu tego co przydażyło mi się w życiu. Zarówno te Wielkie, Szczęśliwe Chwile jak i te sromotne porażki i tragedie nabrały innego znaczenia. Dzięki książkom Charlesa Martina uwierzyłam że „wszystko jest po coś” ….

O samym autorze niewiele udało mi się znaleźć na polskojęzycznych stronach internetowych. Udałam wiec się do źródła i informacje zaczerpnęłam na oficjalnej stronie, pod adresem http://charlesmartinbooks.com.

O swojej żonie Christy mówi: „Ona jest i zawsze będzie domem dla mojego serca.”

O książkach i dzieciach :”Ludzie często pytają mnie, które z moich książek lubię najbardziej. Równie dobrze możesz ustawić moich synów i zapytać, którego kocham najbardziej.” 

Określany jest mianem pisarza „chrześcijańskiego”. Chodź to zaszufladkowanie jest moim zdaniem krzywdzące. Bo prawdy, które stara się ukazać w swoich powieściach są poza podziałami. I żadna z religii nie powinna rościć sobie do nich praw. 

„Wszyscy rodzimy się z pustką w piersiach wielkości taty. Nasi ojcowie albo ją wypełniają, albo w miarę dorastania czujemy tę pustkę coraz bardziej i próbujemy ją czymś zaleczyć. Zwykle są to uzależnienia”.

Powieść „W pogoni za świetlikami” to wzruszająca historia o relacjach rodzinnych. O tym jak ważne są korzenie i czy możliwe jest bez nich życie w pełni. Ukazana poprzez postać wujka Willeego wspaniała wizja ojcostwa pozostawia głęboki ślad.

Niezwykle wciągajaca fabuła to atut tej książki. Poprzez różne wątki udajemy się z bohaterami w przeszłość aby się z nią rozliczyć i spróbować się od niej uwolnić. Aby uporać się z traumatycznymi przeżyciami i dzięki temu rozpocząć wędrówkę życiową  na nowo. Bez bagażu dramatycznych wspomnień, które spowalniały by krok.

Serce nie tylko jest jednym z najbardziej bezinteresownych narządów, jest także najbardziej odważnym i wiernym z nich.

Ta z kolei powieść to bomba emocjonalna. Opowieść o sercu i o tym jaką rolę pełni. O sile jaką może być wiara i o cudzie jakim jest życie. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak oklepany banał. Ale przekonałam się w swoim życiu, że uciekanie od własnej uczuciowości może zrodzić pustkę. Dlatego cenię sobię tę historię właśnie za to, że stanowi prawdziwą ucztę dla duszy i budzi szereg wzruszeń.

„Owocem mojego życia było to, że nie miałem nikogo.”

„Prosto z serca” to również książka, niosąca w sobie wartościowe treści. Rzecz dotyczy przemiany i odkupienia. To cudownie spokojna opowieść o tym, iż każdy czas jest odpowiedni aby wyprostować „kręgosłup moralny”. Jest pewnego rodzaju powiescią drogi gdzie celem jest dotarcie do własnego wnętrza i przewartościowanie tego co w życiu istotne.

Poprzez czytanie tak wzruszających książek, mogę pozwolić sobie na spotkanie ze swoimi uczuciami. Mam wrażenie, że dzięki takim lekturom staję się bardziej uważna i empatyczna. Z reguły nie lubię tracić kontroli nad sobą, ale w tym przypadku pozwoliłam łzom płynąć bez poczucia obciachu. I wiecie co ? Czuję się lżej 🙂 Bo może przepłakałam coś co było moje, a nie bohaterów powieści …

Przebaczenie to trudna sprawa. Zarówno w przypadku, gdy się je oferuje… jak i przyjmuje.

„Pomiędzy nami góry” można zaliczyć do gatunku powieści katastroficznych. Gdzie w surowych, zimowych pejzażach rodzi się wielka miłość. Miłość, której potęga może pokonać każde góry. I mimo, że główny bohater jest niewiarygodnym supermanem kupiłam tę historię. Dosłownie i w przenośni. I uważam, że były to dobrze wydane pieniądze.

Biblioteka była miejscem magicznym. Zawsze czekały tam na mnie tysiące głosów, które chciały prowadzić ze mną dialog. Wchodziłem do środka, spoglądałem na zapełnione książkami regały i szeptałem:
– Opowiedz mi historię.
I one opowiadały. Biblioteka stała się moją rodziną.

Poplątane życiorysy, samotność w tłumie i zagubione dusze. Tak pokrótce mogłabym opisać tę pozycję. Lecz dla mnie, już na zawsze ta książka kojarzyć się bedzie z najpiękniejszym cytatem o bibliotece.

I tak własnie zakończę tę prezentację… Kurtyna milczenia w dół !!!