Szafa pełna gaci …

To była najdziwniejsza wakacyjna przygoda. Obfitująca w nagłe zwroty akcji i różne niespodzianki. Ale po kolei ….
Po jeździe zajmującej nieco ponad godzinę wjechaliśmy na teren pięknej posesji, gdzie przywitał nas czekoladowy pies rasy labrador. Oprócz psa na spotkanie nie wyszedł nam nikt. Dziwne to było dlatego, iż przyjazd nasz nie powinien być zaskoczeniem, bo rezerwowany był z wyprzedzeniem. Postanowiliśmy zatem poszukać gospodarza domu bądz ewentualnie obsługę pensjonatu. Krążąc wokół domu, który wydawał się mimo pięknej pogody posępny i zbyt cichy, poczułam na plecach pewien dreszczyk grozy. Miało się wrażenie, że mieszkańcy ukrywają się przed nami, obserwując nas czujnie zza firanek w oknach. A ten miły pies jest tylko sprytną przynętą aby nas zwabić, uśpić naszą czujność a potem dokonać na nas okropnej zbrodni. Krawe szczegóły owej masakry postanowiłam już sobie odpuścić. Na tyłach budynku nagle usłyszeliśmy jakiś głos. Podążyliśmy więc w tamtym kierunku i naszym oczom ukazała się ludzka postać. Kobieta około lat stu z zaangażowaniem szorowała jakieś blaty czy inne sprzęty w kanciapce na tyłach domu. Na moje uprzejme ” dzień dobry ” nie zareagowała wcale. Mamrocząc coś pod nosem z zapamiętaniem operowała ścierką. Nieco głośniej próbowałam zwrócić uwagę na swoją obecność powtarzając :

– Halo ! Dzień dobry !!! Halo !!!

Nic. Zero odzewu. Jakbyśmy byli niewidzialni.

Matko jedyna, pomyślałam. Jesteśmy duchami i ludzie nas nie widzą i nie słyszą. Poczucie nierealności sytuacji wzmogło jeszcze pytanie Krzysia:

-Dlaczego czuję się jak bym był w psychiatryku ?

-Chodź usiądziemy sobie na ławeczce i poczekamy chwilę. Może ktoś do nas przyjdzie i wszystko się zaraz wyjaśni, zaproponowałam z nadzieją.

I tak też zrobiliśmy bo w zasadzie nic innego na ten moment do głowy nie przyszło.

Kanapeczki przygotowane na podróż pozwoliły przywrócić jako tako wiarę, że nadal żyjemy bo duchy raczej nie wcinają z taką werwą chlebka z szynką i żółtym serem. Godzinę nam zeszło na kontemplowaniu widoków, zabawach z psem i wymianie mrożących krew w żyłach przypuszczeń co nas tu spotka. A oczekiwania na prywatny horror były duże ….

Nagle zza załomu domu wyłoniła się owa kobiecina z jakimś garem w dłoniach. Fryz miała rozwiany i swoistą dzikość w oczach. Na widok Krzysia zdębiała, odwróciła się na pięcie i biegiem (pisałam że wygladała na sto lat ale sprint oceniam na piedzięsiąt) pognała z powrotem.

Po koleinych, powoli mijających minutach ujrzeliśmy ją na powrót. Już uczesana i w pełnym makijażu poinformowała nas że dzwoniła do gospodarza i ten spieszy do domu i czy może chcemy herbaty. A w ogóle, to ona nas widziała wcześniej ale się zdenerwowała bo syna nie ma i jest kłopot, bo ma problemy ze słuchem i dlatego rozmawiać nie będzie. I znów, nie czekając nawet na odpowiedz w temacie herbaty szybko oddaliła się pozostawiając nas samych sobie.

No i wyjaśniło się. Nie my jesteśmy duchami tylko starsza pani uwięziona jest w świecie ciszy. Więc jak udało jej się gdzieś zadzwonić i porozmawiać ?

Czekając na dalszy rozwój wypadków udaliśmy się spacerkiem do przydomowej zagrody gdzie pasły się dwa osły. Podobnie jak pies i one spragnione były ludzkiego towarzystwa. Z cierpiwością pozwalały na drapanie po głowach i głaskanie po pyskach. Miło było poobcować ze stworzeniami, które z uwagą śledzą nasze poczynania. Starszej Pani nie zobaczyliśmy już ani razu podczas naszego pobytu w tym miejscu. Jedynym śladem jej obecności był od czasu do czasu ryczący telewizor, którego odgłosy dobiegały nas gdzieś z wnętrza domostwa.

Wreszcie pojawił się gospodarz. Mimo ze wypatrywaliśmy oczy na drogę licząc, że dostrzeżemy jakiś samochód, który nas uprzedzi o jego powrocie człowiek ten wyrósł nam niespodziewanie za plecami. Na wstępie poinformował nas, że nadchodzą upały. Dziwaczny początek rozmowy ale jak się potem okazało był w tym pewien sens. Następnie udzielił nam swojego rodzaju reprymendy dotyczacej faktu, iż przybliśmy dwie godziny za wcześnie. O tym, że on jest spóźniony godzinę już nie wspomniał. Po wygłoszeniu kilku zasad dotyczących pory śniadań, korzystania ze wspólnej łazienki i ustalenia czy zamykać drzwi wejściowe zainteresował się co my tu będziemy jedli. Bo z kuchni korzystać samodzielnie nie możemy. Jak coś potrzeba to mamy poprosić i on nam przygotuje. Ale najlepiej jakbyśmy żywili się gdzieś w wioskowym pubie.

I w tym momencie byłam ogromnie wdzięczna za zaradność Krzysia, który zaopatrzony w przenośną lodówkę, kuchenkę turystyczną, termosy, garnuszek i pół bagażnika różnych wiktuałów do podgrzania uśmiechał się i ze spokojem kiwał głową. I wiedziałam, że głód nas nie dotknie, a zapas gorącej herbaty bedzie na cały dzień.

Po tych uprzejmościach gospodarz zaprowadził nas do wyznaczonego nam pokoju. Objaśnił co i jak i na odchodnym po raz kolejny rzucił uwagę na temat nadchodzacych upałów.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy podjełam próbę rozpakowania naszych rzeczy. Ciuchów nie było tak dużo, bo wyjazd zaplanowany był na dwie doby. Ale pojawił się kłopot gdzie je umieścić. Ogromna szafa, która stała w rogu pokoju wyładowana była odzieżą właściciela. Garnitury, koszule, swetry i inne sztuki ubrań upchnięte do granic możliwości ledwo pozwalały na domknięcie drzwi. Komoda o trzech szufladach dla odmiany zawierała w swoim wnętrzu gacie i męskie skarpety. O losie !!! Weszliśmy jakimś cudem w życie innego człowieka !!! Na półkach i regałach królowały osobiste pamiątki z podróży i dyplomy z uczelni. Albumy z prywatnymi zdjęciami i kolekcje rycin. Miejsca na nasze rzeczy brakło. Zostały więc w walizce. Postanowiliśmy jak najmniej czasu spedzać w tym pokoju, bo niedyskretnie byłoby natknąć się na coś bardziej osobistego oprócz majtasów. Poza tym zimno było tam jak cholera. Dobrze, że te upały mają nadejść, pomyślałam sobie…

A okolica idealnie nadawała się na spacery. Gospodarz już na drugi dzień zaoferował, iż narysuje nam mapkę okolicy i zaaranżuje dla nas piękną wyprawę. Jak powiedział tak zrobił. I wcale nie był zrażony tym, że ta wyprawa nas wcale nie interesuje, bo miejsce które nam wyznaczył odwiedziliśmy już z dziesięć razy.Ten autoratywny człowiek nie przyjmował najprawdopodobniej odmowy w żadnej formie. Wzieliśmy więc mapkę, wsiedliśmy w samochód i udaliśmy się w przeciwnym kierunku. I warto było się sprzeciwić. Zamiast obleganych przez turystów szlaków, w głebi lasu natkneliśmy się na mały cmentarz. Atmosfery i klimatu który tam się unosił nie jestem w stanie oddać słowami. Najstarsze groby liczyły ponad 300 lat, te świeże raptem dwa. Na nagrobkach powtarzały się te same nazwiska, przypuszczam więc iż mogłobyć to rodzinne miejsce pochówku. Pierwszy raz w życiu spotkałam się z nekropolią tak oddaloną od siedzib ludzkich. I słowo ” spoczynek ” przybrało zupełnie inny wymiar.

Druga mapa oferowana przez własciciela pensjonatu dotyczyła najbliższej okolicy. Urocze alejki żwirowe, dróżki leśne, mostki i kładki przerzucone przez strumienie… wszystko to złożyło się na wspaniałe obcowanie z pięknem natury, gdzie od czasu do czasu ludzka ręka zostawiła swój wkład. Korzystaliśmy wiec z tych dobrodziejstw od wczesnego rana do późnych godzin wieczornych. Bo w pomieszczeniach i tak się wysiedzieć nie dało, gdyż panowało przejmujące zimno. Jedyną radą było wpakować się do łóżka, przykryć po sam nos kołdrą i obserwować obłoczki pary wydobywające się z ust. Dopiero ostatniego wieczoru olśniło mnie, że te rzucane mimochodem informacje o nadchodzacych upałach były pewnego rodzaju chwytem psychologicznym. Miał on za zadanie uspokoić nasze głowy i zmanipulować uczucia dotyczace niewygody spowodowanej chłodem. Przecież to chwilowe bo zaraz zrobi się goraco.

I tak czekamy na podwyższenie temteratur do dzisiejszego dnia ….

 

 

Magiczny ogród

Na drugi etap wakacyjnej niespodzianki cieszyłam się już w trakcie powrotu z” Leśnej głuszy”. Szybkie przepakowanie walizki, kilka czystych ciuchów i jedziemy.  Tym razem nieco dłużej, bo i odległość większa. Pierścień Kerry słynie z bajkowych widoków, zarówno na Ocean Atlantycki jak i na niezbyt duże góry, więc było co podziwać z okien samochodu. Po około czterech godzinach dotarliśmy do Kells, wioski która stanowiła cel podróży. Pensjonat wraz przylegającymi do niego ogrodami budził zachwyt. Szczęśliwa z możliwości przebywania w tak pięknych okolicznościach, po kilku achach i ochach w temacie wystroju wnętrz, rzuciłam walizy i udałam się na eksplorowanie okolicy. A było co oglądać !!! Na pierwszy rzut poszły słynne ogrody, gdzie na 17 hektarach panoszyła się roślinność z południowej półkuli. Pióropusze palm, jakieś krzaczory bambusowe i coś co przypominało polski rabarbar, lecz rosło na wysokość 2 metrów…To i wiele innych dziwów dawało soczystą zielenią po zmęczonych oczach. Po kilku minutach spaceru objawił nam się staw, jakby żywcem przeniesiony z serialu ” Noce i dnie ” na podstawie przedwojennego hitu Maryny Dąbrowskiej. A tam oczywiście nenufary czy inne lilije. Odegrałam więc sobie w wyobraźni scenkę zrywania kwiatów. Na live się nie dało bo Krzyś odmówił brodzenia w zarzęsionej wodzie i nabawiania się reumatyzmu kolan. Trudno…Trzeba będzie z tym jakoś żyć. I jeszcze tak sobie tam pomyślałam,że mam coś z Barbary. Szczególnie w momentach kiedy wydzieram się jak opętana z paniką w oczach i włosem roztarganym:

-Krzysiek !!! Krzysiek !!! znowu mi internet nie działa!!!

W różnych zakątach napotykaliśmy się na rzeźbione z powalonych konarów smoki, drewniane trony i dinozaury. Jak się później okazało, łatwiej było wyżyć się artystycznie niż sprzątać skutki nawałnicy czy też huraganu. Cudne to były dzieła.  Choć nazwisko artysty uleciało z pamięci. Korzystając z okazji, iż jedno z siedzisk miało ponoć moc spełniania życzeń, posadziłam tyłek na mokrej powierzchni i poleciałam z koncertem próśb. Co z tego wyniknie czas pokaże.

Wsród tego bogactwa flory wiły się strumienie i potoki, szemrząc i łącząc się ze sobą. Nad jednym, dość szerokim zbudowano most linowy. Nie wyglądał na stabilny ale raz się żyje. Z pewną dozą nieśmiałości , za to z ogromną dozą lęku podążyłam za ludzmi o bohaterskim usposobieniu. Kolana mi się trzęsły, serce mało z piersi nie wyskoczyło ale udało się przedostać na drugi brzeg. Warto było tego dokonać aby przez chwilę poczuć się jak heros z mitów greckich.

W takim to kozackim nastroju oglądałam kolejne dziwy na trasie. Wyrzeźbiona,  ogromna kurza łapa znów pozwoliła puścić wodze fantazji. Chatynki wprawdzie na jej czubku nie było, ale gdyby nie obserwatorzy w postaci innych turystów, coś by się udało wykombinować. Parę konarów i desek, oraz jakaś drabinka i młotek pomogło by dokończyć dzieła, które artysta moim zdaniem troszkę zaniedbał. Może biedak nie czytał w dzieciństwie krwawych bajek braci Grimm i stąd to niedopatrzenie? A może w Irlandii ” Jaś i Małgosia ” to niewygodny temat bo o porzuconych dzieciach?

Pod koniec przechadzki usłyszeliśmy głośniejszy szum. Przyśpieszyliśmy zatem kroku bo nie wiadomo było skąd to dochodzi. Deszcz padał i może to jakaś fala powodziowa za nami goni. Lecz to był tylko wodospad. Piękny widok przedstawiał, kiedy kaskady wody toczyły się góry po kamieniach. Zarówno w dzień i w nocy. Bo wróciliśmy w to miejsce nocą aby podziwać spektakl przy świetle latarki. Za towarzystwo mieliśmy jeno szrańczę ciem, które wirowały w snopie światła.

No dobrze. Czas wyjść z głębi lądu i udać się nad Ocean. Wystarczyło tylko przeciąć pensjonatowy parking i już widać było plażę i bijace o nią fale. Szkoda nam było czasu na poszukiwania wygodnej drogi więc udaliśmy się tam mizerną ścieżyną, ledwie widoczną pośród trawy. Tuż przy plaży drogę zastąpiły nam dwie owce. Jedna łagodna i spolegliwa. Druga nieco mniej. O ile ta pierwsza szybko podjeła dezycję o ewakuacji na bezpieczną odległość, to ta druga dłuższą chwilę spoglądała na nas z oburzeniem i pytaniem w oczach:

-A wy tu czego ?

Ustapiła łaskawie ale pewnie tylko dlatego, że wsparcia moralnego od kumpelki nie dostała. A ja dłuższy czas zastanawiałam się co mogą robić owce na plaży…No bo przecież, nie opalać się. Słonej wody też raczej nie piją. Więc chyba sobie spacerują po prostu i podziwiają widoki z niewielkich klifów. Albo mają tam tajemne spotkania z kozami górskimi, na których wymieniają poglądy dotyczace globalnych problemów w ówczesnym świecie racicowatych.

Cud że nóg nie połamałam na tych klifach, bo po deszczu było bardzo ślisko. Błędem było również to, że koniecznie chciałam wiechciem znalezionym po drodze, pomachać ze skał do Krzyśkowej kamery. Parasolka w jednej ręce, gałąź w drugiej, śliskie podłoże i mój lęk wysokości, wyrażający się tak zwanym ” chwiejem” to nie był dobry kwartet. I mimo że wróciłam brudna jak nieboskie stworzenie, to warto było się pomęczyć aby zapamiętać widok fal ciągnacych się po horyzont. I tę grę świateł i kolorów. Wody, nieba, słońca, białych żagli na masztach oraz piasku i skał.

Nie za długo nam się tam zeszło jednak. Nakarmiona wspaniałymi darami dusza postanowiła o tym fakcie poinformować ciało. I rozległo się burczenie w brzuchach, które echem poniosło się aż pod widnokrąg. Biegiem więc udaliśmy się na kolację.

Tak przyrządzonych i podanych potraw kuchni tajskiej nie jadłam jeszcze nigdy. Wszystko pyszne doprawione, idealnie ugotowane i przyjemnie pachnace. Żona własciciela, utalentowana kobieta o skośnych oczach sama przygotowywała te kulinarne wspaniałości do pomocy mając jedynie obsługę kelnerską. Coś tam brzuchy nasze protestowały na głos, że za długi czas oczekiwania. Ale kiedy już napasione zostały, chwilową niewygodę puściły w niepamięć.

I tym oto akcentem zakończę tę część opowieści.

C.D.N

Leśne ostępy

No i skończyły się wakacje a wraz z nimi nasza podróż po irlandzkich wertepach . W tym roku pod wpływem impulsu , jednocześnie z ufnością oddałam plany urlopowe w ręce mego partnera życiowego – Krzysia . Powróciwszy z podpisanym papirusem , na którym widniały daty okreslajace dwa tygodnie wolności od roboty za ” prawdziwe pieniądze ” rzuciłam od progu :

– Urlop zatwierdzony ! Teraz mnie zaskocz !

I zaskoczył mnie faktycznie . Na każdym obszarze . Po pierwsze , że potraktował tę prośbę dosłownie i dopiero po dotarciu na miejsce dowiadywałam się gdzie przyjechaliśmy . Po drugie nie byłam obciążona dokonywaniem zakupów na wyjazd , gdyż konsekwentnie trzymał w tajemnicy cel podróży . A po trzecie i czwarte moja rola w zasadzie sprowadziła się do tego , iż miałam wsiąść w auto i dowieżć tyłek na miejsce . Cudnie było nie musieć dokonywać wyborów . Podróżować jedynie z pewną dozą ekscytacji , co się wydarzy .

Spakowałam więc walizkę z ciuchami na każdą okazję . I sweterki i bluzy i suknię , która jak się uprzeć mogła pełnić rolę ” wyjściówki ” . Doładowałam trzy pary butów i akcesoria potrzebne do utrzymania higieny . Zapakowałam cztery litery do pojazdu i …. w drogę .

W dwie i półgodziny jazdy zostałam dowieziona w leśną głuszę . I nie jest to żaden eufemizm . Nasze miejsce noclegowe to była chałupa pośrodku niczego . To znaczy były drzewa , kawałek trawy , kolejne drzewa , zarośnięty pałkami wodnymi dół i wiecej drzew . Powitał nas tam własciciel o blond czuprynie . Na bosaka . W czarnych , skórzanych portkach . Jawił mi się niczym Anioł – Harleyowiec. A Harley stał obok domostwa . I była jeszcze pies . Pies w przeciwieńswie do własciciela był czarny jak diabeł . Po krótkim przywitaniu , rzeczony własciciel wręczył nam mizerny kluczyk do chałupki , wskazał drogę i wrócił do swoich spraw .

Wypakowaliśmy więc swoje toboły i wkroczyliśmy do lesnej chatki . Zachwytom nie było końca . Na niewielkiej przestrzeni mieszkalnej znaleźliśmy  salon z aneksem kuchennym , wyposażoną w prysznic łazienko-ubikację , a po wdrapaniu się na drabino-schody i przeciśnięciu się przez dziurę w suficie odkryta została sypialnia na poddaszu z uroczymi lampkami nocnymi i oknem  , przez które do środka wdzierała się jakaś roślinność . Zieleń na pewno była motywem przewodnim tej częsci naszej wyprawy. Drzewa , krzaczorki , łany traw ….To wszystko atakowało przez każdy oszklony otwór. Nie wyłączając kibelka , skąd również rozpościerał się malowniczy widok w kolorze nadziei. W mojej szczęśliwej głowie , zabrzmiało dziwne pytanie .

A co my tu bedziemy robić przez dwa dni ? Toż tu chyba nic nie ma oprócz drzew . Chwilę pomyślałam i nagle doznałam olśnienia .

– Pójdziemy po prostu do lasu !!! I tym sposobem po raz kolejny dotarłam do wniosku iż najprostsze rozwiazania sa tymi najlepszymi .

I tak też się stało . Dwa dni ciągłych spacerów wsród borów , strumieni , lesnych jezior. Ogromne dawki świeżego powietrza . Dysputy o dupie Maryni i poważne rozmowy o kondycji dzisiejszego świata. A wieczorem wsłuchiwanie się w ciszę tak głuchą , że aż momentami budzacą lęk . I sen spokojny i ciepłe herbatki z termosu na krótkich postojach . Te własnie wspomnienia wróciły ze mną i liczę że zostaną na długo . Największy dar jaki mogłam tam dostać to spokój w duszy . I jeszcze uczucie ogromnej wdzięczności , że mogłam tego doświadczyć .

I cudowne oczekiwanie co dalej. Bo przecież to był dopiero pierwszy etap eskapady ….

CDN