Magiczny ogród

Na drugi etap wakacyjnej niespodzianki cieszyłam się już w trakcie powrotu z” Leśnej głuszy”. Szybkie przepakowanie walizki, kilka czystych ciuchów i jedziemy.  Tym razem nieco dłużej, bo i odległość większa. Pierścień Kerry słynie z bajkowych widoków, zarówno na Ocean Atlantycki jak i na niezbyt duże góry, więc było co podziwać z okien samochodu. Po około czterech godzinach dotarliśmy do Kells, wioski która stanowiła cel podróży. Pensjonat wraz przylegającymi do niego ogrodami budził zachwyt. Szczęśliwa z możliwości przebywania w tak pięknych okolicznościach, po kilku achach i ochach w temacie wystroju wnętrz, rzuciłam walizy i udałam się na eksplorowanie okolicy. A było co oglądać !!! Na pierwszy rzut poszły słynne ogrody, gdzie na 17 hektarach panoszyła się roślinność z południowej półkuli. Pióropusze palm, jakieś krzaczory bambusowe i coś co przypominało polski rabarbar, lecz rosło na wysokość 2 metrów…To i wiele innych dziwów dawało soczystą zielenią po zmęczonych oczach. Po kilku minutach spaceru objawił nam się staw, jakby żywcem przeniesiony z serialu ” Noce i dnie ” na podstawie przedwojennego hitu Maryny Dąbrowskiej. A tam oczywiście nenufary czy inne lilije. Odegrałam więc sobie w wyobraźni scenkę zrywania kwiatów. Na live się nie dało bo Krzyś odmówił brodzenia w zarzęsionej wodzie i nabawiania się reumatyzmu kolan. Trudno…Trzeba będzie z tym jakoś żyć. I jeszcze tak sobie tam pomyślałam,że mam coś z Barbary. Szczególnie w momentach kiedy wydzieram się jak opętana z paniką w oczach i włosem roztarganym:

-Krzysiek !!! Krzysiek !!! znowu mi internet nie działa!!!

W różnych zakątach napotykaliśmy się na rzeźbione z powalonych konarów smoki, drewniane trony i dinozaury. Jak się później okazało, łatwiej było wyżyć się artystycznie niż sprzątać skutki nawałnicy czy też huraganu. Cudne to były dzieła.  Choć nazwisko artysty uleciało z pamięci. Korzystając z okazji, iż jedno z siedzisk miało ponoć moc spełniania życzeń, posadziłam tyłek na mokrej powierzchni i poleciałam z koncertem próśb. Co z tego wyniknie czas pokaże.

Wsród tego bogactwa flory wiły się strumienie i potoki, szemrząc i łącząc się ze sobą. Nad jednym, dość szerokim zbudowano most linowy. Nie wyglądał na stabilny ale raz się żyje. Z pewną dozą nieśmiałości , za to z ogromną dozą lęku podążyłam za ludzmi o bohaterskim usposobieniu. Kolana mi się trzęsły, serce mało z piersi nie wyskoczyło ale udało się przedostać na drugi brzeg. Warto było tego dokonać aby przez chwilę poczuć się jak heros z mitów greckich.

W takim to kozackim nastroju oglądałam kolejne dziwy na trasie. Wyrzeźbiona,  ogromna kurza łapa znów pozwoliła puścić wodze fantazji. Chatynki wprawdzie na jej czubku nie było, ale gdyby nie obserwatorzy w postaci innych turystów, coś by się udało wykombinować. Parę konarów i desek, oraz jakaś drabinka i młotek pomogło by dokończyć dzieła, które artysta moim zdaniem troszkę zaniedbał. Może biedak nie czytał w dzieciństwie krwawych bajek braci Grimm i stąd to niedopatrzenie? A może w Irlandii ” Jaś i Małgosia ” to niewygodny temat bo o porzuconych dzieciach?

Pod koniec przechadzki usłyszeliśmy głośniejszy szum. Przyśpieszyliśmy zatem kroku bo nie wiadomo było skąd to dochodzi. Deszcz padał i może to jakaś fala powodziowa za nami goni. Lecz to był tylko wodospad. Piękny widok przedstawiał, kiedy kaskady wody toczyły się góry po kamieniach. Zarówno w dzień i w nocy. Bo wróciliśmy w to miejsce nocą aby podziwać spektakl przy świetle latarki. Za towarzystwo mieliśmy jeno szrańczę ciem, które wirowały w snopie światła.

No dobrze. Czas wyjść z głębi lądu i udać się nad Ocean. Wystarczyło tylko przeciąć pensjonatowy parking i już widać było plażę i bijace o nią fale. Szkoda nam było czasu na poszukiwania wygodnej drogi więc udaliśmy się tam mizerną ścieżyną, ledwie widoczną pośród trawy. Tuż przy plaży drogę zastąpiły nam dwie owce. Jedna łagodna i spolegliwa. Druga nieco mniej. O ile ta pierwsza szybko podjeła dezycję o ewakuacji na bezpieczną odległość, to ta druga dłuższą chwilę spoglądała na nas z oburzeniem i pytaniem w oczach:

-A wy tu czego ?

Ustapiła łaskawie ale pewnie tylko dlatego, że wsparcia moralnego od kumpelki nie dostała. A ja dłuższy czas zastanawiałam się co mogą robić owce na plaży…No bo przecież, nie opalać się. Słonej wody też raczej nie piją. Więc chyba sobie spacerują po prostu i podziwiają widoki z niewielkich klifów. Albo mają tam tajemne spotkania z kozami górskimi, na których wymieniają poglądy dotyczace globalnych problemów w ówczesnym świecie racicowatych.

Cud że nóg nie połamałam na tych klifach, bo po deszczu było bardzo ślisko. Błędem było również to, że koniecznie chciałam wiechciem znalezionym po drodze, pomachać ze skał do Krzyśkowej kamery. Parasolka w jednej ręce, gałąź w drugiej, śliskie podłoże i mój lęk wysokości, wyrażający się tak zwanym ” chwiejem” to nie był dobry kwartet. I mimo że wróciłam brudna jak nieboskie stworzenie, to warto było się pomęczyć aby zapamiętać widok fal ciągnacych się po horyzont. I tę grę świateł i kolorów. Wody, nieba, słońca, białych żagli na masztach oraz piasku i skał.

Nie za długo nam się tam zeszło jednak. Nakarmiona wspaniałymi darami dusza postanowiła o tym fakcie poinformować ciało. I rozległo się burczenie w brzuchach, które echem poniosło się aż pod widnokrąg. Biegiem więc udaliśmy się na kolację.

Tak przyrządzonych i podanych potraw kuchni tajskiej nie jadłam jeszcze nigdy. Wszystko pyszne doprawione, idealnie ugotowane i przyjemnie pachnace. Żona własciciela, utalentowana kobieta o skośnych oczach sama przygotowywała te kulinarne wspaniałości do pomocy mając jedynie obsługę kelnerską. Coś tam brzuchy nasze protestowały na głos, że za długi czas oczekiwania. Ale kiedy już napasione zostały, chwilową niewygodę puściły w niepamięć.

I tym oto akcentem zakończę tę część opowieści.

C.D.N

Leśne ostępy

No i skończyły się wakacje a wraz z nimi nasza podróż po irlandzkich wertepach . W tym roku pod wpływem impulsu , jednocześnie z ufnością oddałam plany urlopowe w ręce mego partnera życiowego – Krzysia . Powróciwszy z podpisanym papirusem , na którym widniały daty okreslajace dwa tygodnie wolności od roboty za ” prawdziwe pieniądze ” rzuciłam od progu :

– Urlop zatwierdzony ! Teraz mnie zaskocz !

I zaskoczył mnie faktycznie . Na każdym obszarze . Po pierwsze , że potraktował tę prośbę dosłownie i dopiero po dotarciu na miejsce dowiadywałam się gdzie przyjechaliśmy . Po drugie nie byłam obciążona dokonywaniem zakupów na wyjazd , gdyż konsekwentnie trzymał w tajemnicy cel podróży . A po trzecie i czwarte moja rola w zasadzie sprowadziła się do tego , iż miałam wsiąść w auto i dowieżć tyłek na miejsce . Cudnie było nie musieć dokonywać wyborów . Podróżować jedynie z pewną dozą ekscytacji , co się wydarzy .

Spakowałam więc walizkę z ciuchami na każdą okazję . I sweterki i bluzy i suknię , która jak się uprzeć mogła pełnić rolę ” wyjściówki ” . Doładowałam trzy pary butów i akcesoria potrzebne do utrzymania higieny . Zapakowałam cztery litery do pojazdu i …. w drogę .

W dwie i półgodziny jazdy zostałam dowieziona w leśną głuszę . I nie jest to żaden eufemizm . Nasze miejsce noclegowe to była chałupa pośrodku niczego . To znaczy były drzewa , kawałek trawy , kolejne drzewa , zarośnięty pałkami wodnymi dół i wiecej drzew . Powitał nas tam własciciel o blond czuprynie . Na bosaka . W czarnych , skórzanych portkach . Jawił mi się niczym Anioł – Harleyowiec. A Harley stał obok domostwa . I była jeszcze pies . Pies w przeciwieńswie do własciciela był czarny jak diabeł . Po krótkim przywitaniu , rzeczony własciciel wręczył nam mizerny kluczyk do chałupki , wskazał drogę i wrócił do swoich spraw .

Wypakowaliśmy więc swoje toboły i wkroczyliśmy do lesnej chatki . Zachwytom nie było końca . Na niewielkiej przestrzeni mieszkalnej znaleźliśmy  salon z aneksem kuchennym , wyposażoną w prysznic łazienko-ubikację , a po wdrapaniu się na drabino-schody i przeciśnięciu się przez dziurę w suficie odkryta została sypialnia na poddaszu z uroczymi lampkami nocnymi i oknem  , przez które do środka wdzierała się jakaś roślinność . Zieleń na pewno była motywem przewodnim tej częsci naszej wyprawy. Drzewa , krzaczorki , łany traw ….To wszystko atakowało przez każdy oszklony otwór. Nie wyłączając kibelka , skąd również rozpościerał się malowniczy widok w kolorze nadziei. W mojej szczęśliwej głowie , zabrzmiało dziwne pytanie .

A co my tu bedziemy robić przez dwa dni ? Toż tu chyba nic nie ma oprócz drzew . Chwilę pomyślałam i nagle doznałam olśnienia .

– Pójdziemy po prostu do lasu !!! I tym sposobem po raz kolejny dotarłam do wniosku iż najprostsze rozwiazania sa tymi najlepszymi .

I tak też się stało . Dwa dni ciągłych spacerów wsród borów , strumieni , lesnych jezior. Ogromne dawki świeżego powietrza . Dysputy o dupie Maryni i poważne rozmowy o kondycji dzisiejszego świata. A wieczorem wsłuchiwanie się w ciszę tak głuchą , że aż momentami budzacą lęk . I sen spokojny i ciepłe herbatki z termosu na krótkich postojach . Te własnie wspomnienia wróciły ze mną i liczę że zostaną na długo . Największy dar jaki mogłam tam dostać to spokój w duszy . I jeszcze uczucie ogromnej wdzięczności , że mogłam tego doświadczyć .

I cudowne oczekiwanie co dalej. Bo przecież to był dopiero pierwszy etap eskapady ….

CDN